VARIETAS DELECTAT

…  czyli różnorodność cieszy. Tak mogłaby brzmieć dewiza festiwalu Kamera – akcja, który już po raz ósmy (i oczywiście po raz pierwszy w mojej krótkiej karierze) odbył się w gościnnej Łodzi. Napiszę dziś o trzech filmach, które udowodnią tę tezę, właśnie z powodu swojej różnorodności, pod względem geograficznym, tematycznym i gatunkowym.

Na początek November – estoński kandydat do Oscara, w którym udział ma też polski PISF. Od razu powiedzmy, że nie jest to film łatwy w odbiorze ani wolny od wad. Przede wszystkim przeszkadzały mi dłużyzny (może z powodu późnej pory i zmęczenia podróżą), szczególnie w ostatniej części filmu. Film to mieszanka gatunków sama w sobie. Z jednej strony mamy baśniową atmosferę pełną duchów, wilkołaków, mieszaniny pogańskich wierzeń i elementów chrześcijańskich. Z drugiej strony mamy dramat mieszkańców estońskiej wioski, którzy przymierają głodem, co zmusza ich do kradzieży – a może po prostu lubią kraść i oszukiwać. Mamy też elementy bardzo czarnego humoru – jak na przykład postacie zwane Kratt- które służą chłopom w różnorakich pracach, ale kosztem ich ożycia jest dusza właściciela. Mamy też historię nieszczęśliwych miłości (dziewczyna Liina zakochana w chłopaku z sąsiedztwa o imieniu Hans, który jednak marzy o niemieckiej hrabiance zamieszkującej na zamku, a ojciec Liiny ma wobec swojej córki całkowicie inne plany). Widzimy więc, że film łączy w sobie wiele historii, a przy tym jest bardzo ciekawie pokazany, w różnych odcieniach bieli i czerni, przy czym dominuje szarość, jak w życiu chłopów z filmu. Film zadaje też ważne i uniwersalne pytanie – o sens życia – czy ma sens życie bez duszy? A może warto oddać duszę / życie za miłość? A może dusza jest bez żadnego znaczenia, bo życie samo jest bez sensu? Film ciekawy i godny zagłębienia się w nim, ale w Oscarowej rywalizacji z Pokotem wybieram polską kandydaturę.

 

 

Film nr 2 – biograficzny obraz Borg/McEnroe. Między odwagą, a szaleństwem. Z cała pewnością, nie jest to film tylko dla wielbicieli tenisa ani sportu. Jest to film o ludziach, ich słabościach, o presji, o trudnych charakterach i trudnym dzieciństwie. Polski podtytuł jest całkowicie bez sensu, szczerze mówiąc. Bo o ile szaleństwo pewnie nawiązuję do wyczynów Amerykanina na korcie, to odwaga z pewnością nie charakteryzuje tylko Szweda, ani też nie jest przeciwstawna szaleństwu.

Film wciąga od pierwszej minuty i nawet jeśli znamy wynik meczu to opowieść o rywalizacji jednych z najważniejszych ludzi tenisa nie nudzi nas do samego końca. Świetnie zagrany przez dwóch głównych bohaterów oraz kilka osób wspierających ich z drugiego rzędu (albo loży VIPów), doskonale oddaje ducha sportu i całej otoczki, która towarzyszy tenisowi (już wtedy, a teraz pewnie jeszcze bardziej – kasa, misiu, kasa). Słabości? Pewnie, że były. Nie podobał mi się brak równowagi między pokazaniem, jak do sławy doszedł Borg, a jak McEnroe – powiedziałbym, że stosunek 75/25 na korzyść Borga. Widzimy go od lat dziecięcych, odkrywamy nieznane karty z jego życiorysu, mozolną drogę na szczyt kariery. A Amerykanin jest potraktowany nieco po macoszemu – jest wariatem (niespecjalnie wiemy, dlaczego tak , a nie inaczej zachowuje się na korcie) , kocha ojca i ma jego wsparcie. Obraz McEnroe jest jednak nieco niepełny.

Podsumowując jednak, film jest jednym z najlepszych w ostatnich latach filmów o tematyce sportowej. Jego bohaterowie nie są idealizowani, potrafią zaskoczyć i widzimy ich w różnych sytuacjach. Doskonale budowana dramaturgia i świetna gra aktorska sprawiają, że film naprawdę warto obejrzeć.

 

Film nr 3 – muzyczny komediodramat o zabarwieniu romantycznym. Brzmi strasznie? Być może, ale nie w tym przypadku. Największą wadą Sing Street jest polskie tłumaczenie – Młodzi przebojowi. Film ogląda się przyjemnie i pomimo, że nie jest to kino najwyższych lotów, nie jest to film głupi. Historia irlandzkiego chłopaka, który trafiwszy do szkoly, delikatnie mówiąc nieelitarnej, próbuje poderwać dziewczynę zauważoną na schodach kamienicy naprzeciw szkolnej bramy. Robi to na tyle nieporadnie, że musi założyć zespół, który będzie kręcił wideoklip z tą właśnie dziewczyną w roli głównej. Oczywiście jest w tym filmie wiele naiwności i nieścisłości, ale z drugiej strony poza wątkiem romantycznej miłości oraz wątkiem muzycznym jest też silnie zaakcentowany dramat społeczny Irlandczyków, których jedynym celem życiowym jest emigracja do Anglii, a Londyn jest krainą płynącą mlekiem i miodem płynącym. Efektem są teżproblemy rodzinne, które odbijają się w filmie na głównym bohaterze, ale są też widoczne w życiu innych postaci.

Muzyka jest w tym filmie przyjemna dla ucha, a gra aktorska porządna, dlatego jak najbardziej polecam ten film wszystkim, a szczególnie widzom, którym spodobał się inny film Johna Carneya Once, z Glenem Hansardem i Marketą Irglovą. Może przebojów na miarę Oscarowej piosenki „Falling Slowly” tu nie ma, bo głos głównego bohatera jednak nieco pozostawia do życzenia, ale z przyjemnością da się ten film obejrzeć, a muzyki posłuchać. Szczególnie, że mamy tu wędrówkę po różnych stylach muzycznych i rockowej modzie.

 

Mamy zatem trzy filmy, każdy z nich zupełnie inny pod każdym względem. Każdy z nich ze swoimi wadami, ale przede wszystkim z zaletami. Chociaż każdy z nich jest pewnie skierowany do nieco innej publiczności, wszystkie z nich obejrzałem z przyjemnością. Za te trzy filmy i wszystkie pozostałe, które udało mi się obejrzeć, organizatorom festiwalu Kamera Akcja, wielkie dzięki.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *