Wyścig Oscarowy part 2 – Trzy billboardy za Ebbing, Missouri – czyli kawał mięcha brudnej rzeczywistości podlane fascynującym sosem

„Trzy billboardy za Ebbing, Missouri” w reżyserii Brytyjczyka Martina McDonagha  to mogła być po prostu dramatyczna historia kobiety, Mildred Hayes, która w poszukiwaniu prawdy (morderców swojej córki) wynajmuje trzy tytułowe billboardy z wiadomością szydzącą z miejscowej policji, a szczególnie szeryfa Willboughy’ego. Sytuacji nie ułatwia fakt, że rzeczony szeryf jest całkiem w porządku typem, może nie chodzącym ideałem, ale jednak gościem, który wydaje się nieźle wykonywać swoją pracę, a dodatkowo jest dobrym ojcem i mężem. Sytuacji nie ułatwia też fakt, że szeryf jest chory na raka.

Sytuacji nie ułatwia też fakt, że kobieta ma przeciwko sobie prawie całe miasteczko, w tym oczywiście ciekawy zbiór policjantów, księdza, grubego dentystę i kobietę z dziwnym okiem, a także swojego byłego męża, który odszedł od niej do seksownej, głupiutkiej i, wg głównej bohaterki śmierdzącej, 19-latki. Na dobrą sprawę sprzyja jej tylko przyjaciółka, z którą pracuje i chłopak z agencji reklamowej, która wynajmuje jej billboardy – pewnie dlatego, że stoją w miejscu zapomnianym, gdzie jeżdżą tylko zagubieni i półgłówki i nikt z nich nie korzysta. 

Sytuacji nie ułatwia też fakt, że jej syn jest szykanowany przez to w szkole, a od dnia tragedii stara się o niej zapomnieć. Nie ułatwia sytuacji również fakt, że stosunki pomiędzy matką i córką nie były wcale idealne i na dobrą sprawę można potraktować całą akcję z billboardami jako szukanie ukojenia swoich wyrzutów sumienia.

Taki to właśnie jest film, że nic w nim nie jest czarno-białe i prawie każda ważna postać ma swoje plusy i minusy i przechodzi ważną przemianę w trakcie filmu. Główna bohaterka, zagrana brawurowo przez Frances McDormand nie uśmiecha się, szeryf (świetny jak zwykle Woody Harrelson) jest gliną, jakich tysiące w samych Stanach, policjant Dixon (murowany kandydat do Oscara Sam Rockwell) jest rasistą-mamisynkiem-idiotą ze skłonnościami do sadyzmu, karzeł James (Peter Dinklage) jest po prostu karłem bez wyrazu, syn bohaterki Robbie (Lucas Hedges) jest bierny i milczący, były mąż Charlie (John Hawkes) jest sadystą, a jego nowa wybranka słodką idiotką, chłopak z agencji marketingowej Red (Caleb Landry Jones) jest żartownisiem, który nie lubi gliniarzy – to wszystko typy postaci, które jednak w trakcie filmu zmieniają się w większym lub mniejszym stopniu, pokazują inną twarz lub przynajmniej jej fragment, nabierają kolorów i emocji. W tym wszystkim bardzo pomagają naprawdę wybitne kreacje aktorskie, nie tylko głównej bohaterki i postaci drugoplanowych, ale również osób całkowicie z tła (Angela, dziewczyna z agencji marketingowej (Kathryn Newton) , dziennikarka (Malaya Rivera Drew), trzeci gliniarz (Željko Ivanek), „zły przybysz” (Brendan Sexton III), mama Dixon (Sandy Martin), dziewczyna byłego(Samara Weaving) to naprawdę ciekawy katalog postaci).

Scenariusz jest doskonale napisany i wyreżyserowany – film nawet na chwilę nie pozwala się nudzić i nie jest nawet na minutę zbyt długi, a wręcz przeciwnie, czujemy niedosyt z powodu jakichś tam niedopowiedzeń. Końcówka pozostaje otwartą, a biorąc pod uwagę zaskakujący – a chwilami szokujący – rozwój wydarzeń, stać wszystko się może. Do tego dochodzi świetna muzyka (Carter Burwell), która niejednokrotnie stoi w sprzeczności z wydarzeniami (słodkie country dodaje emocji niczym woda wlana do płonącego oleju, co nieco przypomina np. Pulp Fiction), na pewno nie jest to typowy dobór muzyki filmowej, ale jest on bardzo odważny, jak cały film.

Mógłby to być zatem tylko dramat  pogrążonej w samotności kobiety szukającej sprawiedliwości, samej przeciwko światu zła – ale nie jest. Mógłby to być współczesny western odlegle przypominający Django, z matką-mścicielką – ale nie jest. Mógłby to być kryminał o poszukiwaniu sprawców brutalnego morderstwa, z lokalnymi policjantami poszukującymi zwyrodnialców niczym w skandynawskich thrillerach pomimo własnych problemów,

ale nie jest. Mógłby to być dramat o matce, która szuka czegoś, co  ponownie wypełni jej życie po utracie ukochanej córki – ale nie jest. Mógłby to być melodramat, jak skomplikowana sytuacja życiowa głównej bohaterki i innych postaci doprowadza do odkrycia miłości, przyjaźni, sensu życia i happy endu – ale nie jest. Mógłby to też być krytyczny obraz amerykańskiej prowincji, z jej rasizmem, homofonią, alkoholizmem i całą gamą innych ograniczeń i wad – ale nie jest.

Jaki zatem jest ten film? W pewnym sensie mieszaniną wszystkich tych gatunków, ale podlaną niesamowitą dawką czarnego humoru, i to w sytuacjach, w których się tego absolutnie nie spodziewamy. Bez względu na to, jakikolwiek gatunek filmowy Billboardy reprezentują, jest to film wybitny, wyjątkowy i bardzo godny zobaczenia. Czy faworyt do Oscara? Zobaczymy, ale nagroda Akademii nie byłaby decyzją szokującą w tym przypadku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *