Wyścig Oscarowy part 3 – Kształt wody – czyli dziwactwo skrojone Hollywoodzką na miarę

Jeśli miałbym określić najnowszy film Guillermo del Toro  „Kształt wody” jednym słowem byłoby to słowo „dziwactwo”. Pasuje ono niemal do wszystkiego w tym filmie. Gatunek jest bardzo niejednolity i trudno go określić innym słowem niż wspomniane „dziwactwo”, ponieważ jest połączenie filmu fantasy, romansu, komedii, musicalu i… thrillera politycznego. Jednego z głównych bohaterów filmu również można określić mianem „dziwactwa”. Co jednak sprawiło, że film jest nominowany aż do 12 Oscarów?

Film ani przez chwilę nie wydaje się być zbyt poważny, ani zbyt „niepoważny”. Poważnych tematów jest tu całkiem sporo – miłość, sztuka, przyjaźń, zimna wojna, a w chwilach, gdy są podejmowane, to twórcom udaje się utrzymać powagę. Natomiast cały czas film

pozostawał po prostu bajką i o tym twórcy nie zapominają – czy jest to zaletą, czy wadą, jest dyskusyjne, natomiast trzeba przyznać, że del Toro bardzo konsekwentnie trzyma się swoich założeń. Jak tylko zaczynamy go podejrzewać o odejście w stronę realizmu dostajemy ostrego baśniowego kopa. Dlatego też na pewno nie można kwalifikować „Kształtu wody” do kategorii filmów w 100% poważnych, ale po całym seansie mogą pojawić się pewne refleksje i przemyślenia.

Myślę, że dzięki bohaterom, film można uznać za „nieco nowocześniejszą baśń”, a każdy  nich pełnił określoną rolę. Elizę Esposito – dobrą (i niemą) księżniczkę, jak ją określił ją na początku narrator, zagrała znakomicie Sally Hawkins. Prawdziwie czarny charakter zagrał bezbłędnie Michael Shannon, Zeldę Fuller, najbliższą przyjaciółkę głównej bohaterki z typowym dla siebie dzwiękiem stworzyła Octavia Spencer, a przyczajonego wroga i ukrytego przyjaciela Doktora Roberta Hoffstetlera przekonywująco zagrał Michael Stuhlbrag. Wszystkich jednak przebił Richard Jenkins jako Giles, zagubiony życiowo artysta i prawdziwy przyjaciel Elizy. Aktorstwo było zdecydowania silną stroną obrazu.

Jednym z najciekawszych elementów filmu jest nawiązanie do polityki, które z kolei nie uczyniło filmu poważnym, ale ważnym. Może w realnym świecie Rosja i USA nie walczą o człeko-rybopodobnego stwora, ale gdyby na to spojrzeć z szerszej perspektywy – „wszystko trzyma się kupy”. Jest śmiesznie i strasznie, ważni ludzie podejmują bezwzględne decyzje, a gdzieś pośrodku znika mały człowieczek i jego ważne małe rzeczy – a taka właśnie przecież jest wielka polityka.

Niezwykle ważna w filmie jest również muzyka. W większości utrzymywała film w dosyć staroświeckim klimacie oraz utrzymywała słodką, przyjemną atmosferę (przynajmniej z założenia, jak ktoś nie lubi takiej muzyki, to cóż…). Mamy też fragmenty starych filmów na małym ekranie, hołd złożony aktorom sprzed dekad, a także samo kino – które pełni nieco symboliczną rolę. Czy Del Toro próbuje nam powiedzieć, że czeka nas koniec kina, jaki znamy?

Podsumowując, film jest technicznie naprawdę znakomity – można nawet powiedzieć, że skrojony pod Oscary. Zarówno muzyka, jak i zdjęcia są godne uwagi, aktorzy spisali się również bez zarzutu. Choć z drugiej strony fabuła nie jest specjalnie oryginalna (gdyby trochę poszperać, znalazłoby się kilka książek i filmów z podobnym modelem fabuły) i w końcu kończy się „po amerykańsku”, czyli zakończenie jednych wzruszy, a jednych zirytuje. Ale wykorzystanie kilku elementów z „dzisiejszego świata” jest naprawdę godne podziwu. Ale nie wykluczam, że dojdzie do takiej sytuacji, jak z filmem „La la land” rok temu. Nie chodzi mi tutaj o pomyłkę przy wręczaniu nagrody, a raczej sytuację, gdzie film dostaje dużo statuetek za muzykę, zdjęcia, aktorstwo, montaż, ale nie zgarnia najważniejszej- za najlepszy film. Bardziej podobał mi się film Trzy Billboardy za Ebbing, Missouri, ale jeśli wygra film Guillermo Del Toro, nie będzie to wielkim zaskoczeniem.

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *