Poplątane ludzkie losy. Wersja pierwsza – amerykańska.

Film Seana Bakera „The Florida Project”

Floryda. Disneyland. Brzmi jak spełnienie marzeń każdego dziecka, a jednocześnie miejsce, które niemal każdy, bez względu na wiek, chciałby zobaczyć. Najprostsze skojarzenia? Radość, wielość barw, nieskończona energia, bogactwo … Tymczasem ta magiczna kraina w filmie Seana Bakera tylko pozornie przypomina bajkę ze snu wziętą – a tak naprawdę tylko kolorystyka otaczająca bohaterów filmu jest zgodna z wyobrażeniami o Disneylandzie.

A kim są bohaterowie? To przede wszystkim kilkuletnia dziewczynka Moonee i jej przyjaciele, których rodziców los, pech lub nieudolność życiowa rzuciły do fioletowego motelu lub pobliskiego osiedla na obrzeżach Disneylandu. Moonee, Jancey and Scooty tworzą swój własny świat, który jest słodko-gorzkim odwzorowaniem świata dorosłych, wraz z wszystkimi ich błędami. Czy Moonee, urocza, energetyczna i niegłupia dziewczynka, ma szansę na spełnienie amerykańskiego snu? Przy kimś takim jak Halley, bardzo to wątpliwe. Matka Moonee jest skrajnie nieodpowiedzialną buntowniczką, która „jakoś” musi zarobić na czynsz i potrafi posunąć się naprawdę daleko. Jednak film nie stawia ocen i nie feruje wyroków, ale nie stara się też w jakikolwiek sposób usprawiedliwić młodej kobiety. Na swój niedojrzały sposób, kocha ona swoją córka i postępuje w sposób, który uważa za właściwy. Jednak na dobrą sprawę świat dorosłych i ich dramaty to tylko tło dla świata stworzonego przez dzieciaki. Wymyślony przez dzieci świat leży na obrzeżach wymyślonego przez dorosłych świata blichtru i bogactwa – Disneylandu. Jednak te dwa światy praktycznie nie stykają się ze sobą.

Z postaci dorosłych wybija się Bobby, manager motelu – który nazywa się, nomen omen, Magic Castle. Willem Dafoe fantastycznie tworzy postać zarządcy budynku, który wydaje się być tak zmęczony życiem, że w każdej chwili może pasć na twarz. Żyje pod takim napięciem, że w każdej chwili może wybuchnąć, szczególnie mając takich lokatorów, jak Halley. Z jednej strony musi reprezentować prawo i właścicieli budynku, a z drugiej nie potrafi postępować tylko i wyłącznie zgodnie z zasadami i przepisami. Nie pokazuje tego otwarcie, ale w głębi duszy jest człowiekiem o gołębim sercu. W miarę możliwości pomaga lokatorom, często naciągając przepisy, chroni dzieci przed złem z zewnątrz, a nawet zapewnia drobne rozrywki. I co najważniejsze chyba, potrafi się pośród bruzd swojej twarzy, ciepło się uśmiechnąć. Świetna kreacja, wyjątkowa w dorobku aktora.

Bardzo ciekawy jest też sposób kręcenia filmu. Przypomina film dokumentalny, co pozwala na pokazanie wydarzeń w sposób maksymalnie obiektywny. Sean Baker nie krytykuje ani poszczególnych postaci, ani Ameryki pełnej tak wielkich różnic. Dzięki temu zabiegowi mali bohaterowie nie muszą „grać” ani udawać czegokolwiek. Ich zabawy, język, którego używają, przekleństwa kopiujące dorosły świat są naturalne  i w rzeczywisty sposób dziecięce. A film, podobnie jak świat, który obserwujemy, chwilami jest beztroską komedią, a chwilami brutalnym dramatem. W każdym razie filmem godnym obejrzenia.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *