Co wykopał pies? Czyli Jagoda Szelc i jej pytania.

Wieża. Jasny dzień. Debiutancki film pełnometrażowy Jagody Szelc jest niezwykle inteligentnym i fascynującym głosem polskiego kina. O reżyserce usłyszeliśmy po raz pierwszy po tym, jak zrobiła furorę w Gdyni (Złote Lwy za najlepszy scenariusz i najlepszy debiut), ale jak to bywa z polskim kinem – ufamy, ale nie bezgranicznie i na „nowe” polskie filmy chodzi się z pewną obawą (powiedzmy sobie szczerze, że nie każdemu podobał się Królewicz Olch Kuby Czekaja, Córki dancingu Agnieszki Smokowskiej,  nie mówiąc już o Szatan kazał tańczyć Katarzyny Rosłaniec czy świetnie obsadzonym, ale bardzo złym filmie o kebabach zatytułowanym PolandJa).

Wieża. Jasny dzień nie zawodzi, a wręcz przeciwnie – bardzo zaskakuje i to w jak najbardziej pozytywnym tego słowa znaczeniu. Film nie jest sztampowo zrealizowany, ale jednocześnie nie jest przerażającym (i przerastającym reżysera) eksperymentem formalnym. Jest sklasyfikowany jako thriller psychologiczny i faktycznie niejednokrotnie wywołuje ciarki jak na thriller przystało, a jak w rasowym filmie psychologicznym, równie wiele dzieje się „środku” co „na zewnątrz”. A z drugiej strony, filmu nie daje się zaszufladkować i jeśli Szelc uda się kontynuować tworzenie filmów w takim języku, może stać się on jej własnym, inaczej nieklasyfikowanym gatunkiem filmowym.

O czym zatem jest Wieża. Jasny dzień? A o tym, co sobie sami wymyślimy. Na najbardziej podstawowym poziomie jesteśmy świadkami przygotowań do pierwszej komunii Niny (Laila Hennessy), córki Muli (Anna Krotoska) i Michała (Rafał Cieluch). Kilka dni przed uroczystością do ich domu w Sudetach przybywa brat Muli, Andrzej (Rafał Kwietniewski) z żoną Anną (Dorota Łukasiewicz) z dwójką własnych dzieci, a także z siostrą (?) Kają (Małgorzata Szczerbowska). To głównie w tym gronie, poszerzonym przez matkę (Anna Zubrzycki), odbywa się dramat, który stawia znacznie więcej znaków zapytania niż oferuje odpowiedzi. Zaczyna się od rozmowy Muli z Kają, która co prawda podaje nam najważniejsze fakty – Kaja jest matką Niny, ale sześć lat temu po prostu odeszła. Jednocześnie już podczas tej rozmowy pojawiają się niedopowiedzenia i znaki zapytania. Co robiła przez ostatnich sześć lat? Czemu odeszła i zostawiła dziecko? Reżyserka nam nie pomaga i udziela jedynie fragmentarycznej wiedzy, którą można, ale nie trzeba wyłuskać z dalszych części filmu (np. Kaja rozmawia z Niną i matką przy rzece o letargu – czy to może być wytłumaczenie jej zniknięcia?).

Pytania zresztą rozpoczynają się już od tytułu i podtytułu (sugerując jakieś dzikie science fiction), a same imiona bohaterek nie są bez znaczenia. Mamy psychologiczny pojedynek sióstr – Mula, która jest ‘normalna’ i Kaja ‘nietypowa’. Mula niemal obsesyjnie martwi się o Ninę i boi się wpływu Kai na swoją córkę. Kaja niby nie robi nic złego, ale spokój w jej oczach jest wręcz niepokojący … Kim jest Kaja? Jaka jest jej historia? Co tak naprawdę podaje w nalewce podczas pokomunijnej kolacji? Dlaczego śpiewa „O mój rozmarynie”? Jaki ma wpływ na Ninę?

Mamy matkę, która pogrążona w chorobie – Alzheimer, depresja czy jeszcze coś innego? –  powraca do świata po kilku chwilach spędzonych z Kają, tylko po to, żeby nagle znowu zamknąć się w swojej skorupie. Mamy przygotowania do komunii w kościele i księdza, który też nie jest jednoznaczną postacią – zrozumienie jego zachowania też pozostaje w gestii widza. Wreszcie co dzieje się pod koniec filmu, co oznacza jego zakończenie? Możliwości interpretacyjnych jest co najmniej kilka.

Poza główną „akcją” mamy w filmie wątek uchodźcy, pozornie niepowiązany z głównymi wydarzeniami (ale z budowaniem postaci Kai już nieco tak), a także kilka scen, które mają tyle symboliczne, co  niejasne znaczenie. Co/kogo uderza Kaja? Co jest w kominie? Dlaczego pojawia się wąż? CO WYKOPUJE PIES?  Mnóstwo znaków zapytania, odpowiedzi jednak może udzielić sobie tylko sam widz. A jednocześnie film naprawdę trzyma w napięciu i świetnie się go ogląda do samego końca.

Duży wpływ na to mają aktorzy, którzy zgodnie z filozofią artystyczną Szelc nie są ‘znanymi-lubianymi’. Można ich podzielić na stosunkowo mało znanych (Kwietniewski, Artur Krajewski w roli księdza), znanych tylko niektórym i to niekoniecznie z dużego ekranu i całkowicie nieznanych. Działa to doskonale, bo żaden z aktorów nie przyćmił reszty, a nawet dzieci grające w filmie spisały się na medal.

Wreszcie trzeba zwrócić uwagę na zapierające dech zdjęcia i umiejętność wykorzystania  piękna Sudetów. W nieco inny sposób niż Agnieszka Holland uczyniła to w Pokocie, ale równie dojrzale zostały wykorzystane niezwykłe widoki gór, ale też tajemnicze, zakątki, być może znane tylko miejscowym, a nieodkryte przybyszom „z zewnątrz”. Wreszcie muzyka, zdecydowanie nie nastrojowa w tradycyjnym rozumieniu, ale idealnie skrojona na potrzeby filmu. Wszystkie te elementy Jagoda Szelc skomponowała w świetną całość, którą po prostu trzeba obejrzeć i po swojemu zinterpretować.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *