W cieniu sąsiadów

Kino islandzkie (czy też duńsko-islandzkie) należy do naszych ulubionych. Wystarczy tylko wymienić ostatnie dwa, świetne filmy, które obejrzeliśmy – Barany. Islandzka opowieść i Fúsi, czy też nieco starsze Zakochani widzą słonie albo Życie na kredycie.  To filmy wyjątkowe, z powodu totalnie zwariowanego języka, od którego kręci się w głowie, ale przede wszystkim przez atmosferę, niepowtarzalną jak islandzki mikroklimat.

W cieniu drzewa to najnowszy film reżysera o wdzięcznym nazwisku Hafsteinn Gunnar Sigurðsson – przypominam, że jako obcokrajowcy musielibyśmy się do niego zwracać po imieniu. Opowiadana historia mogłaby jednak zdarzyć się wszędzie, wyjątkowo tu mało widoków typowych dla Wyspy Gejzerów czy też wybitnie wyjątkowych warunków atmosferycznych, ale jednak rodzaj humoru, z którą Hafsteinn ją przedstawia sprawia, że film jest na wskroś islandzki (pomimo polskiego elementu koproducenckiego oraz zdjęć Moniki Lenczewskiej).

Mamy tu tak naprawdę dwie historie. Pierwsza, to małżeński problem Atliego  (Steinþór Hróar Steinþórsson), który zostaje złapany na oglądaniu porno przez żonę w środku nocy. Samo w sobie jest to nieco wstydliwe, ale raczej rzadko bywa powodem rozstania. Jednak ważne jest, co (lub kogo) ogląda ‘w akcji’ ma tu najważniejsze znaczenie. Jest to też przyczyną wielu komicznych sytuacji i dialogów  później.

Drugi główny wątek, to rodzice Atliego, którzy średnio współżyją ze swoimi sąsiadami. Mamy między nimi wiele różnic i wiele jest powodów, dla których się nie lubią. Jedni mają tytułowe drzewo w ogrodzie, które przeszkadza drugim, drudzy mają leżaki, które pierwszym przeszkadzają. Jedni mają kota, drudzy mają psa. Jedni są na wskroś bierni (ojciec Atliego (Sigurður Sigurjónsson) śpiewa w chórze, ale matka całe dnie spędza na siedzeniu w domu i piciu ogromnych ilości wina), drudzy są aktywni (szczególnie sąsiadka Eybjorg (Selma Björnsdóttir), która namiętnie jeździ na rowerze). Wreszcie rodzice Atliego wciąż rozpamiętują śmierć jego brata (matka nie jest w stanie z nią się pogodzić), a ich sąsiedzi bezskutecznie starają się o dziecko. Efektem tego są nie tyle sąsiedzkie niesnaski, co prawdziwa wojna, początkowo przypominająca wojnę Kargula z Pawlakiem, potem zmieniająca się w wojnę państwa Rose czy też satyrycznych Sąsiadów,  a potem … no cóż, potem to już wyłącznie islandzka opowieść, która kończy się w sposób co najmniej niespodziewany.

Film nie trzyma w jakimś wybitnym napięciu, nie ma wielkich zwrotów akcji na żadnym froncie, ale z pewnością nie ma tutaj nudy. Kibicujemy Atliemu, pomimo jego błędów, a może właśnie przez nie, ale jednocześnie wiadomo, że ‘hollyłódzkiego’ happy-endu tu raczej nie będzie. Podobnie, jeśli chodzi o sąsiedzką wojnę, tutaj jednak ciężko jest nam się postawić jednoznacznie po którejś stronie. Najważniejsze jest jednak to, że stworzone postacie są prawdziwe do szpiku kości, w pewnym stopniu ułomne i nieudolne. Mamy tu też wyjątkowo wyraźne osoby postronne, które nie grają wielkiej roli, ale na pewno są wyraźnym tłem. Na przykład pan przedszkolanek albo sąsiedzi, którzy robią ‘dużo hałasu’ – to nie tylko elementy humorystyczne, ale też obraz tego, jak skomplikowane jest islandzkie społeczeństwo i … jak może być skłócone z byle błahego powodu. A czy dotyczy to tylko Islandii?  Może raczej jest to uniwersalna opowieść o tym, kim jesteśmy?

Poza tym mamy tu świetną, różnorodną muzykę, która czasem dyktuje tempo akcji, ale czasem przewrotnie wprowadza nas w błąd. Wreszcie praca kamery, od pierwszej ‘porno’ sceny zaskakuje, czasem pokazuje nam fragment sceny, czasem coś, co wydaje się nieważne, czasem wskazuje na to, co stanie się za kilka chwil, a czasem gra z widzem i skupia się na szczególe, który faktycznie nie jest ważny. W każdym razie, przez cały film musimy być skupieni, bo nigdy nie wiadomo, czy akurat nie dzieje się coś, co będzie miało znaczący wpływ na resztę filmu.

Poza tym przekonujące aktorstwo ludzi, których nazwiska brzmią niezwykle egzotycznie, ale którzy świetnie się spisali. Świetna była chyba szczególnie matka Atliego (Edda Björgvinsdóttir), której neuroza biła z ekranu w każdej chwili. Z drugiej strony Atli musiał zmierzyć się ze swoją żoną, równie dobrze zagraną Agnes (przypominająca Martę Nieradkiewicz Lára Jóhanna Jónsdóttir). Jak sobie poradził? Do przedostatniej sceny praktycznie nie jesteśmy w stanie tego przewidzieć. Dlatego też, szczerze polecam!

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *