WiFi 3 – Tylko dla Orłów

Na blogu „Okiem Błażeja” pojawił się „Katalog filmów złych”. Mam zamiar i nadzieję umieszczać filmy naprawdę Złe, przez duże Z, nieważne, czy klasyfikowane jako kino dla B, C, D czy Z właśnie. Oczywiście w moim przypadku wszystko zaczęło się od Tommy Wiseau i jedynego w swoim rodzaju The Room. Potem na festiwalu Kamera Akcja w Łodzi w ramach sekcji VHS Hell obejrzałem świetny / koszmarny Mutant Hunt (Polowanie na roboty) i od tego czasu zdarza mi się obejrzeć coś złego lub bardzo złego – czasami nie przez przypadek, ale dla specyficznej przyjemności obejrzenia złego filmu.

Z czego wynika ta (wątpliwa) przyjemność? Naprawdę trudno powiedzieć. Czasami te filmy są tak złe, że aż zgrzytają zęby i człowiekowi chce się wyrwać wszystkie włosy z głowy i spod pach. Z drugiej strony jednak, mimo iż najczęściej w tej kategorii znajdują się horrory i filmy akcji, można się naprawdę świetnie pobawić. Błędy reżyserskie, idiotyzmy scenariusze, katastrofalny montaż, wołająca o pomstę do nieba gra aktorska – to wszystko sprawia, że czasem nie da się przestać tego filmu oglądać.

Oczywiście na liście znajdą się też filmy, które ciężko obejrzeć do końca – na przykład nieśmieszne komedie, dlatego też ta lista może być szersza niż typowa lista filmów klasy B czy też Z.

Dziś kilka słów o filmie, który według aktora odtwarzającego główną role jest jednym z najgorszych filmów akcji ever , a także o filmie wspomnianego już wyżej Tima Kincaida, będącym przykładem fatalnego kina SF.

Samurai Cop w reżyserii pana o nazwisku Amir Shervan z 1991 r. to typowy przykład filmu pochodzącego z ery VHS. Głównym bohaterem jest tytułowy gliniarz, który jest jednocześnie samurajem. Dlatego jest nie tylko doskonale wyszkolony w sztuce policyjnej (jak to amerykański glina, Brudny Harry itp.) ale jest też świetny we wschodnich sztukach walki, a jednocześnie honorowy aż do bólu (w pewnych kwestiach). Mathew Karedas w roli Joe Marshalla jest naprawdę niezły, ale prawdziwie epicka jest rola Roberta Z’Dar człowieka o najbardziej kwadratowej szczęce na wschód i zachód od Hollywood, kultowego aktora ery VHS, który grał nie tylko w 40 częściach Maniakalnego gliny ale też np. w Tango i Cash, czyli filmie całkiem niezłym i mainstreamowym. Jako Yamashita jest jedynym, który jest w stanie na chwilę w stanie oprzeć się wdziękowi i mieczowi Joe.

Rywalizacja obu białych samurajów jest jednym z głównych wątków filmu – Joe jako stróż prawa, Yamashita jako stróż swojego  japońskiego pana, a ich kończący film pojedynek jest całkiem niezły (rzecz jasna relatywnie mówiąc). Ogólnie rzecz biorąc akcja – polegająca na walce do krwi amerykańskiego gliniarza ze złymi Japończykami – jest niezwykle przewidywalna i po prostu głupia chwilami, ale nie to jest najgorsze w filmie.

Inny wątek filmu – i tu jest już znacznie gorzej – dotyczy życia seksualnego Joe. Ma (wygląda na to, że kocha) jedną, ale zakochuje się w drugiej, po czym ta pierwsza niczym się nie przejmuje, a on też jakby zapomniał, że coś ich łączyło. Oczywiście po drodze nawija do każdej innej napotkanej białogłowy. To, że druga ukochana Joe, Peggy (Melissa Moore), jest poddaną (kochanką?) szefa  japońskiej mafii na pewno nie ułatwia zadania i życia naszemu bohaterowi, a to, że jego partner Frank Washington (Mark Fraser) nie wiadomo, dlaczego wciąż się śmieje i strzela miny jest nieco … dziwne. Japończycy jak to zwykle bywa dużo w filmie krzyczą, ale zbytnio nie przeszkadzają. Powiedzmy jednak, że aktorzy dają radę, jeśli zagrali tak, jak kazał im reżyser, to było śmiesznie  – na 3/10, ale ujdzie w tłoku.

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że nic się nie łączy. Joe ma co chwilę inną fryzurę (w jednej scenie ma włosy naturalne, a za pięć sekund perukę, podobno sceny dokręcano nieco przez przypadek dużo później, kiedy Mathew miał już inną fryzurę). W jednej scenie mamy dwa albo trzy tła (mamy w tle wodę, albo nie mamy, pod nogami mamy trawę, albo nie mamy, za plecami mamy kamieniołom, albo nie mamy). Albo ta sama scena jest podzielona na dwie części – z tym że druga odbywa się wiele, wiele minut po pierwszej, w czym nie ma logiki ani sensu. I tym ostatnim zdaniem zakończmy dyskusję tym strasznym i śmiesznym filmie – te pięć słów podsumowuje film najlepiej.

Robot Holocaust to kino zupełnie inne – chociaż też rodem z VHS. Mamy tu obraz ludzkości bliskiej końca, świata opanowanego przez roboty, a rządzonego przez coś, co nazywa się The Dark One. Grupa przypadkowych bohaterów ma ocalić ludzkość i pomimo wielu problemów, a w wyniku wielu poświęceń, oczywiście im się udaje (sorry za spojler, ale to oczywiste od pierwszej sceny).

Aktorstwa tu nie ma, to znaczy są postaci, ale trudno kogoś wyróżnić. Może tylko Jennifer Delora zasługuje na wspomnienie – jest szczególnie katastrofalna jako Nyla, służebnica Ciemnego. Pozytywnie trudno wyróżnić kogokolwiek. Scenariusz jest tak zły i nielogiczny, że trudno pisać o wszystkim. W każdym razie nie ma absolutnie żadnej możliwości, że ludzie zwyciężyli z robotami – a jednak to robią, powiedzmy sobie szczerze bez większego wysiłku. Ciemny może np. odłączyć powietrze (niewolnicy pracujący w kopalniach, wytwarzający energię dla Ciemnego posłusznie się duszą, ale tak nie do końca), a akurat na naszą grupę to nie działa. Nyla ma wysłać armię i szefa ochrony – Torque (no szkoda, że Rick Gianasi nie miał możliwości pokazania talentu niczym sierżant Kabukiman), ale jakoś ciągle zwlekają, Torque zamiast iść walczyć ciągle powraca do Nyli (ładna może i jest, ale bez przesady) i tak w kółka. A ci idą i idą i dochodzą. Są tu elementy kina feministycznego, ekologicznego, familijnego nawet, komedii. Chwilami przypomina Strażników Galaktyki, czasem Seksmisję. Ale to naprawdę na wyrost, bo ten film to katastrofa od K do A. Amen.

Podsumowując krótko:  warto obejrzeć Gliniarza Samuraja jak chcecie poćwiczyć swoje poczucie humoru i spostrzegawaczość. A Robot Holocaust jest dla wielbicieli tego typu filmów.

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *