Gorąca wojna

“Zimna wojna” Pawła Pawlikowskiego jest obok “Kleru” z pewnością najcenniejszym filmem polskim tego roku. Dlaczego? Ze względu na wyjątkową, niemal ponadczasową (chociaż nie niezwykłą) tematykę, która wydaje się być całkiem rozchwytywana przez kino amerykańskie. Również forma i zarówno fabularna, jak i muzyczno-graficzna otoczka ma znaczenie w tak dużej popularności wśród Polaków, a nie wykluczone, że również poza Polską. Ale po kolei.

Paweł Pawlikowski zaczerpnął kilka elementów z poprzedniego swojego filmu- Oscarowej Idy. Oczywiście, jest to zupełnie inna historia, ale w obu dziełach można znaleźć kilka wspólnych mianowników. Nie mówię tu tylko o efekcie wizualnym, czarno-białej kolorystyce (jak życie w latach 50.), a także o mieszaniu ściśle prywatnej historii (znowu z dwoma osobami na głównym planie) z historycznym tłem- tym razem w latach 50., a więc około 10 lat wcześniej.

Mimo czasów, w których toczy się akcja filmu- zupełnie innych niż dzisiejsze, przedstawiona na pierwszym planie miłość nie wydaje się być zdecydowanie inna. Mamy pokazaną szczenięcą naiwność, zmienność nastrojów w żeńskim wydaniu, ale także odwagę, która na szczęście nie przybiera cukierkowego wydania. Zaskakująco umiejętnie wypadło wplatanie prostoty i sarkazmu w życiu codziennym, różnic między ludźmi, którzy żyją po dwóch różnych stronach muru berlińskiego, drobne skrawki uśmiechów, o które nie było wcale łatwo – i to wcale niekoniecznie ze względu na epokę tytułowej Zimnej Wojny.

Reżyser nade wszystko stawia na miłość rewelacyjnie zagranych przez Tomasza Kota i Joannę Kulig bohaterów. Czy jest to tragiczna miłość w zgliszczach powojennej Polski? Skazana na stracenie i niepowodzenie? A może podobna do tej w dzisiejszych czasach- pełna głupkowatości, naiwności, ale z wielkimi ambicjami? Myślę, że wszystkiego po trochu. Środki w znacznej większości są proste- tutaj Pawlikowski nie dokonuje eksperymentów. Bowiem wystarczającym eksperymentem jest mieszanie krótkich momentów satyry na sztukę oraz szczególnie na początku filmu – na obecne czasy, miłości rodem z najstarszych filmów (odurzonego artysty – Wiktora i nieco zrozpaczonej Zuli), kina politycznego, które nie sprzyja rozwojowi wielkich miłości, i kina noir, smutnego, ale zarazem z nadzieją i ambicjami.

Podsumowując- Pawlikowski po raz kolejny udowadnia, że jest w ścisłej czołówce polskich reżyserów. Tym razem dokonał koagulacji motywów – chociaż doskonale znanych – miłość, muzyka, polityka, PRL, zrobił to w inny sposób. Nadziei w smutnych czasach, różnic w pojmowaniu rzeczywistości, a także sztuki po lewej i prawej stronie żelaznej kurtyny. Jeśli dodamy do tego cudowną muzykę z pięknie śpiewającą Joanną Kulig oraz wprost genialne aktorstwo Kulig właśnie i Tomasza Kota (i więcej niż poprawne Borysa Szyca i Agaty Kuleszy), nie ma się co dziwić, że Stany zakochały się w tym filmie. Wielkie, gorące kino i wielki triumf – miłości i kina.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *