Kafarnaum – wioska pocieszenia czy miasto grzechu?

W Oscarowej kategorii “najlepszy film nieanglojęzyczny” oczy wszystkich Polaków były skierowane na pojedynek Zimna Wojna vs Roma (niestety żaden z naszych faworytów skandynawskich, Winni ani Granica nie dotarł do ostatniej rundy rozgrywek). Wygrał oczywiście drugi tytuł (niby człowiek wiedzioł, a jednak się łudził!). Natomiast pozostałe – w tym libański dramat Kafarnaum niesłusznie zostały przez hollyłódzkich znawców (w przeciwieństwie do widzów w Cannes czy też w Warszawie) prawie niezauważone.

Niesłusznie, ponieważ Kafarnaum to dramat, który jak najbardziej porusza, ale nie rozczula się nadmiernie nad rzeczywistością, w której żyje główny bohater – Zain, a różowa codzienność to rzecz jasna nie jest. W największym skrócie, świat slumsów Bejrutu, w których dorasta 12-latek jest pełen absurdów i sytuacji nie do wyobrażenia w europejskiej kulturze. Wszystko jednak oglądamy z perspektywy zbyt szybko dojrzewającego chłopczyka, bez nadmiernego akcentowania beznadziejności sytuacji (czy to jest naturalne ze strony dziecka?), ani – co gorsze – przebarwiania. Najbardziej poruszające jest właśnie to, że oglądamy film, który pokazuje rzeczywistość w stosunku 1:1. Nie ma tu miejsca na jeszcze więcej brzydoty, a tym bardziej na sztuczne upiększanie. Oglądamy quasi-dokument, który jednak nie jest wydłużoną wersją wideoklipu, który ma na celu pokazanie głównie drastycznych obrazków z życia biedoty czy też przejmujących kulturowych różnic. Reżyser(ka) Nadine Labaki jest bezstronną obserwatorką, która nie tylko wzburza, ale także śmiało przedstawia spryt, promień nadziei oraz chęć na lepsze życie. A wszystko na tle wciągającej, przejmującej oraz wiarygodnej historii.

Głównym bohaterem filmu jest wspomniany Zain – musimy wierzyć innym dzieciom, że jest to dziwne imię, a jednak prawdziwe, bo tak też nazywa się odtwórca tej roli, niesamowity Zain Al Rafeea, którego obserwujemy jak mieszka w strasznych warunkach w rodzinnym domu, potem z niego ucieka, mieszka w innych slumsach i wreszcie do tego domu wraca – żeby wylądować w więzieniu i poprawczaku. Inne postacie towarzyszące Zainowi to – po tej samej stronie barykady – jego ukochana siostra, dwoje starszych cyrkowców, Etiopka, która go przygarnia oraz jej syn (cudowny występ brzdąca Boluwatife Treasure Bankole’a), ewentualnie reprezentująca go w sądzie pani prawnik. W roli wrogów – rodzice Zaina (głównie ojciec), bezduszny sklepikarz, równie bezduszny handlarz z targowiska, system imigracyjny Libanu …

Samym sercem fabuły – bezstronnym miejscem roszczeń, oskarżeń, obrony, a wreszcie miejscem spotkania obu stron barykady – jest sala sądowa. To Zain (z pozoru absurd) odsiaduje wieloletni wyrok za dźgnięcie nożem, które to wydarzenie, przedstawione w postaci retrospektywy, jest jednym z najbardziej dramatycznych w całym filmie. Jednak koniec końców to pozwanie swoich rodziców przez głównego bohatera jest znacznie ważniejsze. Akurat tutaj mam wrażenie, że salę sądową można byłoby wykorzystać w sposób bogatszy i bardziej złożony, a ograniczono jej rolę do ledwie paru urywków. Choć należy pamiętać, że gdy jeden element fabuły staje się bogatszy, inny na tym może ucierpieć. Co jednak najważniejsze, historia jest szczera, spójna, jeden element pasuje do drugiego, a elementów zaskoczenia zdecydowanie dodaje główny bohater – przede wszystkim swoją wrodzoną inteligencją i nietuzinkowymi pomysłami – można powiedzieć, że wbrew szarej rzeczywistości.

Niezwykłe są szczegóły, które dodają mocy filmowi i wzbogacają jego emocjonalny odbiór. Dzięki językowi, którego używa Zain (strasznie przeklina) i jego pomysłom oraz rozumieniu świata uśmiechamy się niejednokrotnie, a jednocześnie nie możemy go traktować jako idealne dziecko. Takie drobnostki jak buty, wózek, pieprzyk, fryzura, bardzo rzadki uśmiech – wszystko ma znaczenie. Muzyka dodaje rytmu w sposób nienachalny, ale nie można o niej nie wspomnieć. Nadine Labaki (która, co ciekawe, odgrywa również jedną z ról) nie wprowadza jakichś innowacyjnych elementów fabularnych lub technicznych, których na tegorocznej edycji Oscarów było całkiem dużo, natomiast wszystko tu, również emocjonalnie, współgra. Pokazuje, jak powinien wyglądać dobry dramat z wciągającą, wiarygodną, ale bardzo poważną historią.

A wyrok? Na szczęście Labaki nie zamienia filmu w wykład ani nie stawia nas przed gotowym wyrokiem. Nie ma tu łatwej demagogii ani zbytecznego sentymentalizmu. Od nas wyłącznie zależy, od pani, od pana, ode mnie i od ciebie, co z tego filmu wyciągniemy i jaki werdykt wydamy. Po seansie długie brawa, a jeszcze dłuższy czas trzeba przeznaczyć na przemyślenia. Polecam!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *