W krainie Węży

W OkoBłażejowym Katalogu Filmów Złych nie mogło zabraknąć prawdziwej perełki kina polskiego, filmu absolutnie kultowego i niezapomnianego, od którego zresztą wzięły nazwę rodzime odpowiedniki holiłódzkich Złotych Malin – czyli Węże. Antynagrodami zostały obdarowane tak ‘wybitne’ dzieła polskiej kinematografii jak „Wyjazd integracyjny”, „Weekend”, „Kac Wawa”, „Gejsza” a przede wszystkim rekordowe „Smoleńsk” (17 nominacji) i „Botoks” (9 statuetek).

Osoby wtajemniczone wiedzą doskonale, że Węże są swoistym hołdem dla polsko-radzieckiej produkcji z 1987 roku pt. „Klątwa doliny węży” w reżyserii Marka Piestraka. Reżyser ten jest odpowiedzialny za kilka ledwie filmów, ale jakże różnych – mamy horror kostiumowy (niezła nawet Wilczyca  i zły bardzo Powrót wilczycy), horror satanistyczny (Łza księcia ciemności), dramat sci-fi Test pilota Pirxa i kilka seriali TV, w tym polsatowskie Samo życie. Ale to Klątwa jest jego dziełem, które zostanie zapamiętane najdłużej, bynajmniej nie dzięki swojej doskonałości czy uniwersalnym wartościom, które przekazuje.

Na pierwszy rzut oka scenariusz nie brzmi jakoś bardzo źle. Otóż były komandos Traven pragnie powrócić do Wietnamu, gdzie niegdyś niemal zginął w katastrofie śmigłowca i zdobyć ukryty w tamtejszym klasztorze skarb. Nie do końca wie, co to jest i nie do końca wie, gdzie to jest, ale werbuje w tym celu profesora Tarnasa, który interesuje się i nawet włada (!) tamtejszymi

Salacka Ewa;Kolberger Krzysztof;

starożytnymi i zaginionymi językami. Dołącza się do nich jeszcze piękna dziennikarka Christine, która zapewne szuka tematu na rewelacyjny artykuł. Jak łatwo się domyślić, jedynie profesor ma czyste sumienie (pragnie poznać zaginioną kulturę), a Traven i Christine mają swoje własne cele i ambicje, które nie do końca są moralnie czyste. Dodatkowo mamy jeszcze kilka szwarc-charakterów, które również nie ułatwiają zadania naszym bohaterom.

Nie brzmi to może jak scenariusz wybitny, ale mógł z tego powstać niezły film przygodowy. A co powstało? Mieszanka filmu przygodowego, thrillera, horroru, romansu (chyba ścięty przez cenzurę) i sci-fi – a to wszystko całkowicie na serio. Lista błędów realizatorskich jest nieskończona, bzdura goni bzdurę i dogania poprzedni błąd i kolejne przekłamanie. Mamy tu takie błahostki jak sposób porozumiewania się postaci – większość z nich jest Francuzami, jedynie Tarnas jest Polakiem – musi rewelacyjnie mówić po francusku, a jednak raz mówi ‘dziękuję’ w kawiarni i musi się poprawić na ‘merci’ – oczywiście potem wszystko jest mówione po polsku. To jeszcze ujdzie, ale jakim cudem wszyscy w Indiochinach, poza mnichami w zapomnianym klasztorze, mówią po polsku/francusku? I to naprawdę doskonale władają tym językiem. A to naprawdę szczegół, który jest niczym przy innych pomysłach twórców.

Pierwsze pół godziny seansu jest znośne – nawet zaskakująco znośne. Dopóki akcja się zawiązuje, wszystko jest w miarę logiczne. Potem zaczyna się koszmarek – raczej nie zabrakło twórcom kasy ( miała to być sztandarowa produkcja polsko-radziecka), a raczej pomysłu, a może poniosła ich wyobraźnia? Mamy tajemniczy gaz, który zabija tylko węże (i to całkiem spore też), mamy strzelające laserami z oczu posągi w starożytnej jaskini, mamy znikających mnichów, mamy metal, który nie mógł powstać na ziemi i ciecz, która tworzy z ludzi kosmiczne potwory oraz substancję, która jest w stanie wchłonąć samolot niczym czarna dziura. To wszystko miało być amerykańskie, a wyszło … ech. Być może oglądając to 30 lat temu można było się zachwycać, teraz niestety tylko śmiać.

Co najgorsze, film ma znakomitą obsadę – Krzysztof Kolberger w roli Tarnasa jest chyba najbardziej znośny. Roman Wilhelmi jako Traven jest tragiczny, Ewa Sałacka jako Christine jest koszmarna, a Leon Niemczyk czy Igor Przegrodzki nie przerażają, ale śmieszą. Wszyscy oni należą przecież do najwybitniejszych polskich aktorów – a role w tym filmie to ogromna pomyłka. Co ciekawe, wszyscy oni nie żyją – klątwa trwa?

Oprócz tego straszne zdjęcia, fatalna, katastrofalna wręcz muzyka Svena Grunberga (współpracował z Piestrakiem przy równie złym horrorze Łza księcia ciemności), montaż wołający o pomstę do nieba – naprawdę trzeba przyznać, że nagroda Węży ma godne pochodzenie.

Zatem … następnym razem, kiedy będzie się czuć źle, będzie ci smutno albo po prostu będziesz się nudzić – sięgnij po Klątwę doliny węży. Poprawia humor i skłania do działania.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *