Czy my to wy, czy wy to my?

Jordan Peele całkiem niedawno (2017 – a wydaje się, że wczoraj) zachwycił, zaskoczył (a niektórych pewnie wręcz przestraszył) horrorem z różnicą – „Uciekaj”. Na jego drugi film ruszyliśmy do kina z wielką nadzieją – co zrozumiałe – ale i z obawą. Czy utrzyma poziom pierwszego filmu? Czy Jordan Peele nie powtórzy schematów i tricków z pierwszego filmu? Czy nie pociągnie z tematyką rasizmu i w ten sposób, wdając się w socjologiczną dyskusję, ograniczy sobie pole działania?

Odpowiedzi na te pytania brzmią następująco:

Tak) Wysoki poziom został utrzymany (chyba jednak nie poprawiony)

Tak) Powtórzył pewne tricki z pierwszego filmu, ale bez uszczerbku dla obecnego filmu

Nie) nie powtórzył schematów, ale kilka motywów już tak

Nie) nie powtórzył tematyki, ale podjął dyskusję na inny temat

Efekt: „To my” to film podobnie bardzo ciekawy, w już rozpoznawalnym (już, bo to przecież dopiero drugie dzieło reżysera!) i wyjątkowym stylu i języku Peele’a, a jednak różniący się znacznie od „Uciekaj”, szczególnie tematyką.

„Uciekaj” w sposób wyraźny dzielił się na dwie części. Przez około połowę filmu dostawaliśmy wskazówki i podpowiedzi, ale i tak kołatało się po głowie głośne „aleosochozi”? „To my” zasadniczo porzuca ten schemat – po zaledwie kilku minutach wiemy z grubsza, z jakimi problemami będą się borykać bohaterowie.  W żaden sposób nie zmniejsza to dramatyzmu filmu. Oczy należy mieć bardzo szeroko otwarte. Końcówka „Uciekaj” była apogeum, tutaj raczej była oczywista.

W pewnym stopniu, bo warto się zastanowić, jak naprawdę się kończy ten film.

Zasadniczo trudno cokolwiek napisać o tym filmie, żeby nie zepsuć zabawy – bo Peele bawi się filmem, mamy horror, w którym krwi jest jak na lekarstwo, a jeśli już mamy trupa, to jest traktowany w sposób, powiedzmy, nieszablonowy. Wiele sytuacji zmusza nas do śmiechu – i to gromkiego śmiechu –  a co najgorsze (najlepsze) w sytuacjach, w których wiemy, że śmiać się nie powinniśmy, bo przecież za chwilę ktoś może zginąć itp. Na przykład świetna scena, w której ofiara resztką sił prosi system sterowania domem, żeby  zadzwonił na policję, a w zamian za to odzywa się kawałek rapowy „Fuck the Police”. Uwielbiam też słowa Gabe’a, który wylicza, kogo zabił (m.in. siebie). Robi to z takim wdziękiem i niewinnością w głosie. Pewnie, że niektórzy widzowie nie lubię mieszanki gatunków, ale sądzę, że Peele’owi się udało.

Tak jak w „Uciekaj”, Peele bawi się w ukrywanie i szukanie symboli oraz rzucanie wskazówek – kolory, przedmioty, słowa, to wszystko ma lub może mieć znaczenie. Kilka z nich: niewinna reklama oglądana przez dziewczynkę na początku filmu staje się podstawą wydarzeń, wygrana koszulka stanowi ważny element stroju w późniejszej części filmu, facet z wesołego miasteczka nie jest tylko religijnym wariatem,  słowa córki głównej bohaterki z początku filmu wydają się bzdurą usłyszaną na youtubie, zabawa syna głównej bohaterki wydaje się dziecięcą głupotą,  i tak dalej. Polecam więc cały czas uważać.

Do samego końca.

Być może tych symboli, a także odniesień do innych filmów jest aż zbyt wiele. Być może też czasem są przesadnym wymaganiem wobec widza – nie każdy ma taką wiedzę, żeby kojarzyć dziesiątki powiązanych dzieł (filmów, teledysków …) albo znać na pamięć Biblię (kto pamięta Jeremiasz 11.11?) Poza tym szukanie symboli na siłę może nieco zepsuć zabawę w samo oglądanie filmu. A warto obejrzeć go od początku do końca, choćby dla aktorów: Lupita Nyong’o jako Red jest genialna, jako Adelaide świetna. Winston Duke jest jako Gabe lepszy od Abrahama tylko dlatego, że ten drugi nie miał szans się aż tak wykazać. Młodzi aktorzy – Shahadi Wright Joseph oraz Evan Alex byli co najmniej przekonywujący. No a Elizabeth Moss to już prawdziwy majstersztyk.

Poza tym mamy genialną i zwodniczą jednocześnie muzykę Michaela Abelsa, świetną charakteryzację i ogólnie – naprawdę dobry film. Czy lepszy od „Uciekaj”? Moim zdanie nie. Tam jednak było więcej czystego horroru, a tu więcej zabawy w odczytywanie symboli. Tam jesteśmy zaskoczeni zakończeniem, tutaj jest nam nieco łopatologicznie wciśnięte – chociaż długo po zakończeniu warto się zastanowić, kto jest dobry, a kto jest zły. Na pewno zawiedzeni będą miłośnicy horrorów w stylu gore – bliżej tu do „Psychozy” czy „Sierocińca”. Ale może po prostu, żeby w pełni docenić dzieło nr 2 Peele’a trzeba je obejrzeć raz jeszcze z opcją pauzy. Czekamy zatem na DVD.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *