Na (nie)szczęście -(nie)najgorszy film

Dla każdego widza z obeznanego z bogatym życiem- i równie bogatą filmografią – Johnnego, tzn. Tommy’ego Wiseau dwuczęściowy film “Best F(riends” – czyli (Nie)przyjaciele jest pozycją obowiązkową. I choć nie sposób się nie domyśleć, że Tommy maczał palce w scenariuszu i produkcji (chociaż reżyserem jest niejaki Justin MacGregor), widzów czeka niemałe zaskoczenie. Rzecz jasna prze)d rozpoczęciem filmu moją pierwszą myślą było umieszczenie go gdzieś na szczycie listy złych filmów, ale czy naprawdę zasługuje, żeby się tam znaleźć.

“Najlepsi przyjaciele” to historia grobowego (sic!), ekscentrycznego (bo jakżeby innego?) przedsiębiorcy pogrzebowego Harveya (wyraźnie już starszy, ale aktorsko niezmienny Tommy Wiseau). Pewnego dnia przyplątuje się do niego tajemniczy włóczęga Jon (również niezmienny Greg Sestero). Nie wiadomo skąd jest, nie wiadomo, po co przyjechał, ani jaka jest jego historia – niemal jak Wiseau himself.

No i teraz pojawiają się znane już motywy – przyjaźń oraz wystawianie tejże na próbę oraz zdrada. Brzmi znajomo (przecież wiadomo, że nie może obejść się do podobieństw z „The Room”), ale jednak filmy różnią się znacznie – historia jest całkowicie inna (mimo wielu bzdurnych rozwiązań mimo wszystko bardziej logiczna i poukładana), mamy nawet dość ciekawe rozwiązania narracyjne, a postacie filmowe postępują w miarę rozsądnie (powiedzmy sobie szczerze, nie oczekujmy od filmu z TW fajerwerków logiki i rozsądku).

W każdym razie mamy przyjaźń dwóch mężczyzn i miłość jednego z nich do kobiety, która będzie testem dla tej przyjaźni. Bardziej jednak niż na żonach i miłości akcja koncentruje się na biznesie (nie może to być „normalny” biznes – pamiętajmy, o kim piszemy). Podobieństwo do “The Room” polega na małych rzeczach – czyli w gruncie rzeczy tych, z których jeden z najgorszych filmów świata jest najbardziej znany. A więc między innymi z charakterystycznego śmiechu Tommy’ego (mamy wrażenie, że reżyser chwilami każe mu się kontrolować, ale nie zawsze jest to możliwe), ujęć mostu (w sytuacjach różnej słuszności) i rzucania piłką – tym razem oprócz futbolu amerykańskiego grają również w kosza.

Pierwsza część jest – najprościej mówiąc- szalona i mroczna, ale koniec końców dosyć wciągająca. Mowa tutaj zarówno o nietypowym hobby, jak i włóczędze, o którym z góry nie wiadomo kompletnie nic. Przez cały film pojawiają się wspomniane we wcześniejszym akapicie fragmenty. Trzeba jednak powiedzieć, że jest intryga, tajemnica i pozornie prosty podział na postać pozytywną i negatywną. Pomimo swej dziwaczności i miejscami przerostu formy nad treścią, chce się obejrzeć drugą część.

A w tej wszystko mamy po kolei wyjaśnione. Występuje wszystko, czego potrzeba wciągającemu widowisku- zwroty akcji, strzelaniny i dziesiątki pytań oraz niejednoznaczności. Mamy też dość ważny udział innych postaci – których aktorstwo nie jest katastrofalne – Kristen StephensonPino czy Paul Sheer, no i trochę bardziej absurdalne – Rick Edwards, ale w dalszym ciągu poziom „The Room” nam nie grozi. Bywa bzdurnie, ale naprawdę da się to obejrzeć – i chce się obejrzeć –  do końca. I im bliżej końca tym wydaje się być lepiej – mamy tu elementy sensacji, westernu, horroru nawet. O ile na początku oglądamy film, żeby pośmiać się z aktorskich wyczynów Tommy’ego, to pod koniec nie myślimy już o naszych złych filmach, ale odczuwamy rzeczywistą przyjemność z oglądania.

Wszystko to sprawia, że (po uprzednim zapoznaniu się “The Room”, a najlepiej także “The Disaster Artist”) oba filmy trzeba obejrzeć. Chociaż pierwsza część „Best F(r)iends” nieco trąci charakterystycznym kiczem z pierwszego filmu Wiseau (niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto z tego powodu będzie narzekał!) akcja i fabuła jest wyjątkowo ciekawa. I im mniej zdradzę, tym lepiej. Mimo wielu okazji do uśmiechu jest to dzieło, które można- i powinno- się traktować jak najbardziej na poważnie. Ale bez przesady. Przecież

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *