Jak Quentin postanowił ocalić Hollywood (od zapomnienia)

Na każdy kolejny film Quentina Tarantino miliony jego fanów czekają z zapartym tchem. Okiem Błażeja nie jest wyjątkiem – Pulp Fiction pozostaje niezmiennie na czele naszych ulubionych filmów, a Django, Bękarty wojny, a nawet Nienawistna Ósemka są niewiele niżej w tabeli wszechczasów.

Jednocześnie oczekując czegoś tak bardzo, łatwo o zawód. Po kilku niezwykle udanych randkach i dodatkowych kilku dobrych, zawsze może przyjść moment, kiedy kolejne spotkanie z ukochaną/ukochanym zakończy się kłótnią lub nieporozumieniem. Jak zatem przebiegła nasza randka z najnowszym dziełem Q – Pewnego razu … w Hollywood.

Zacznijmy od tego, co wiadomo było zanim jeszcze film pojawił się na ekranach. Nie spełniły się oczekiwania / plotki, że tym razem Tarantino pójdzie w kierunku filmu sci-fi. Za to po raz pierwszy zajmie się wydarzeniami historycznymi – zabójstwem Sharon Tate i jej przyjaciół przez członków bandy Charlesa Mansona. Co więcej, rolę Romana Polańskiego zagra Polak (powiedzmy sobie szczerze, średnio znany nawet w kraju) – Rafał Zawierucha, dla którego to miało być otwarcie szeroko drzwi do hollywoodzkiego raju. No i znaliśmy obsadę – złożoną częściowo ze sprawdzonych przez QT aktorów (przede wszystkim Brad Pitt – Bękarty, Leonardo di Caprio – Django), ale również z nowych jego odkryć – na czele z piękną Australijką Margot Robbie. No i wiedzieliśmy, że tematem filmu będzie Fabryka Marzeń z późnych lat 60-tych.

W jaki zatem sposób Quentin rekonstruuje / dekonstruuje Hollywood sprzed półwiecza?

Mamy dwie historie, które się delikatnie splatają przez początkowe dwie godziny i kończą jednocześnie niesamowitym finałem w stylu iście Tarantinowskim. W filmie wybrzmiewają ciche echa innych filmów Q – Jackie Brown, Bękarty, Wściekłe psy i Django, z cytacikami z Death proof, Kill Billa czy Nienawistnej Ósemki. Poza wyżej wymienionymi aktorami, przewijają się też twarze znane ze starych filmów Q – Tim Roth, Michael Madsen, Kurt Russel czy Bruce Dern. Jednak auto-cytaty i znajomość twórczości QT nie jest tu najważniejsza – na całe szczęście.

Mamy zatem historię odchodzącego w zapomnienie aktora znanego z westernowego serialu sprzed kilku lat, Ricka Daltona (DiCaprio u Quentina rozkwita niczym Bruce WIllis w Pulp Fiction) oraz jego przyjaciela, towarzysza, serwismena i dublera-kaskadera Cliffa Bootha (Brad Pitt bawi się doskonale). Rick walczy o nowe angaże, co nie jest łatwe, i zastanawia się, czy przyjąć ofertę gry w spaghetti westernach, czemu jest niechętny. Przyszłość Cliffa jest uzależniona od Ricka, ale jemu dodatkowo przeszkadza niejasna przeszłość. Poza tym Rick mieszka w swoim domu (to ważne) w dobrej dzielnicy (to jeszcze ważniejsze), gdzie jego sąsiadem jest sam Polański – i może przez przypadek spotkają się przy okazji imprezy na basenie (to też ważne). Cliff troszczy się o swojego psa (bardzo ważne) i jeździ samochodem po mieście, gdzie spotyka dziewczynę, dzięki której trafia na farmę Mansona, gdzie on sam niegdyś kręcił filmy (rzecz jasna wraz z Rickiem). Ich wątek i ich postacie są najlepiej rozbudowane i spełnione, włącznie ze szczegółami typu buty (znana jest słabość Q do stóp, czego dał dowód w kilku scenach i tutaj), czy niekonwencjonalne stroje oraz scenami rozbudowanymi do granic wytrzymałości – np. karmienie psa przez Cliffa czy sceny z filmów z czasów wielkości Ricka – jednak jak to u Tarantino bywa, nic nie pozostaje bez przyczyny i wszystko ma jakiś sens.

Druga historia – czyli Sharon Tate (Margot Robbie), która pięknie wygląda, słodko się uśmiecha i cieszy się początkiem swojej kariery. Poza tym spędza czas z Romanem i z innymi przyjaciółmi i powiedzmy sobie szczerze, trudno coś więcej napisać. Widać, że cały ten wątek to jedynie przygrywka do finału i melodia akompaniująca głównego wątkowi. Margot gra nieźle, ale chyba nie dostaje możliwości pokazania swoich umiejętności w pełni – świetna jest chwila, kiedy widzi Mansona (facet zdecydowanie w jej typie, podobny do Polańskiego i jej ex – Sebringa) i w jej oku pojawia się błysk zainteresowania.

Co do samego Romana – nie wiem, czy Zawierucha od początku był świadom znamienitości tej roli. Z grubsza mówi jedno krótkie zdanie i wykonuje kilka niezrozumiałych szeptów, jest pokazany przez kilka sekund z boku i raz z przodu, za to ze sporej odległości. I to chyba tyle – za taką ilość ekspozycji Oscara nie dostałby nawet Mahershala Ali.

Ciekawa jest za to malutka rola Luke’a Perry’ego – ostatnia w jego dorobku. Chyba nieco przypadkowo, Tarantino zrobił mu niemałą przysługę. Innych epizodów jest tu sporo, a na szczególną uwagę zasługuje chyba Margaret Qualley w jednej z członkiń grupy Mansona – Pussycat (oraz jej stopy).

I jaki jest to film?

Inny niż poprzednie, do czego Tarantino nas przyzwyczaił i co na pewno zawodem nie jest. Nie jest też jakąś ogromną krytyką filmowego biznesu – jest tam sporo ironii, raczej ciepłej, trochę gorzkich uwag i wspomnień, ale też sporo humoru. Osławiona scena z Brucem Lee (świetny Mike Moh) jest ciekawa i faktycznie karate mistrz nie jest pokazany w najlepszym świetle, ale przecież to tylko tak jakby element hollywódzkiej dekoracji – tak jak Steve McQueen (genialnie podobny Damian Lewis), producent Marvin Schwarz (nie Schwartz! – Al Pacino utrzymuje poziom) czy też chyba najmądrzejsza z wszystkich na ekranie, dziecięca gwiazdka Trudi (Julia Butters) – i dziesiątki takich jak Rick i Cliff, Sharon, a także chwilowych gwiazdek jak Sharon, niespełnionych osób jak Jay Sebring i niemal mitycznych postaci jak Polański. Nikt nie jest święty, bo też dlaczego miałby być? – ale też nikt nie jest tu potraktowany bardzo negatywnie – pamiętajmy, że to Tarantino, i nic nie jest jednoznaczne.. Mamy zatem szeroką i raczej obiektywną perspektywę krainy marzeń i na tym tle oglądamy nasze dwie historie.

Mamy też smaczki innego typu. Kiedy podwożona autostopowiczka (Pussycat) proponuje Cliffowi seks, on pyta ją o wiek i prosi o dowód tożsamości. Taka delikatna szpila, że zawsze można powiedzieć „nie”, może zabrzmieć głośno biorąc pod uwagę obecny krajobraz wszechobecnych oskarżeń o molestowanie.

Po drugie mamy też sceny, w których Tarantino poniekąd rozprawia się z samym sobą – idiotyczne sceny z filmów z Rickiem w roli głównej (czy spalenie nazistów brzmi znajomo?) i ewidentnie zbyteczne epatowanie przemocą (jak np. we Wściekłych psach) są ewidentnym prztyczkiem w samego siebie. Może Quentin nie do końca rozprawia się z własnym mitem cudownego dziecka Hollywood, ale z pewnością robi ku temu spory krok.

A my polecamy zrobić krok w kierunku kina i samemu zobaczyć nowy film mistrza Quentina, chociaż jest całkowicie inny i raczej nie zaliczę go do najlepszych w całym dorobku reżysera.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *