#M. jak trauma

Po obejrzeniu filmu Marcin Ziębińskiego mówiły do mnie dwa wewnętrzne głosy. Jeden z nich wiedział dobrze, co tutaj było nie tak i jest gotów przelać swoje ubolewanie na wirtualną kartkę papieru, a później posłać to w świat, natomiast drugi najchętniej zapomniałby o całych katuszach, jakie zaoferował mi “Jestem M. Misfit” przez całe 80 minut, a finalną ocenę zostawił docelowej grupie wiekowej. Wiadomo, który wygrał.

To tak samo, jakbym się podejmował oceny przeciętnego obrazu Marka Rothko. Doskonale wiem, co przedstawia, ale w swojej głębi – która zakładam, że występuje – jest dla mnie niezrozumiały i obcy. Nie zamierzałbym się jednak kłócić ze znawczynią sztuki wygłaszającą monolog dłuższy, niż wszystkie moje dotychczasowe wypowiedzi dotyczące jakichkolwiek obrazów łącznie. Tak samo, gdyby pewna 11-latka rozpływałaby się w superlatywach dotyczących “Jestem M. Misfit”- uniósłbym brwi wysoko, ale nie dyskutował.

Największym problemem nie jest wcale sama fabuła. Jasne – jest przewidywalna, prosta, oczywista od początku do końca, ale w gruncie rzeczy niewiele mniej rozwinięta niż ta w chociażby Oscarowym “Kształcie Wody”. Rzeczą wykluczającą traktowanie “Jestem M. Misfit” na serio (o ile faktycznie ktoś zasiadł do filmu nieironicznie) jest szkielet, na którym ona się opiera. W gruncie rzeczy nie ma nawet czasu, by się specjalnie zapoznać, ogarnąć w otoczeniu. Od pierwszej sekundy jesteśmy bombardowani stereotypami i stereotypowymi bohaterami. Bo praktycznie każda z nich – no może oprócz tytułowych misfitów – uważanych za nijakich, a w rzeczywistości najmniej zepsutych wręcz wystrzeloną do granic karykaturalności internetową alter-rzeczywistością- przypomina chodzącą teksturę – mówiącą, robiącą i ubierającą się tak, jak każdy z jego ekipy. “Fejmowa, sławna, bogata super-ładna” tekstura. “Grubas geniusz informatyczny” tekstura. “Przegrany życiowo muzyk romantyk” tekstura. Wesoła minka, smutna minka, zaciekawiona minka, wściekła minka. Pokaz jednoznaczności. Jest źle, bardzo źle.

Nie wiem, czy to pocieszenie, czy nie, ale najgorsze jest pierwsze 20 minut. Bo właśnie koło 18-19 minuty (sprawdzałem!) kondensacja wszystkiego, czego można by się spodziewać po trywializowanej przez reżysera młodzieży osiąga apogeum. Amerikan Drim, polisz najtmer (już tutaj reżyser się nieco pogubił w swoim koncepcie), wszystko rządzone przez followersów, popularność, hasztagi i wygląd zewnętrzny. Nie, to nie jest dystopia ani karykatura dzisiejszej młodzieży- chociaż naprawdę bym chciał, żeby tak było. Kolory, pompony, ozdoby, szminki, lakiery, fryzury, torebki, girlandy, cuda wianki. Za dużo, za wesoło, zbyt kolorowo.

W “Jestem M. Misfit” nie ma czarnych charakterów. Jest za to cała gama bohaterów, których sama obecność wywołuje ciarki żenady – a na ich czele “napakowana, przystojna o ujemnym ilorazie inteligencji” tekstura grana przez niejakiego Filipa Zabielskiego. Trudno docenić grę aktorską, gdy większość postaci jest irytująca i niepotrzebna. No może wyjątkiem jest Sylwia Lipka, grająca główną bohaterkę, której chwilami udaje się zagrać “nową w szkolę, niesłusznie oskarżaną” teksturę całkiem udanie. W pozostałych przypadkach mogę najwyżej pochwalić odwagę zagrania w tak okropnym filmie i wiarę, że coś z tego wyjdzie. A absurdalność obrazu podsumowuje gościnny występ Agnieszki Radwańskiej (sic!) jako jurorki talent show, Marcina Wójcika jako gwiazdy rocka (znanej z jednego utworu) i Tomasza Karolaka jako dyrektora (akurat jego występ w dziele na takim poziomie nie jest niczym nowym). Biorąc pod uwagę popularność zespołu Felivers i inne recenzje, które jak najbardziej uwzględniają fakt, że jest to film – powiedzmy sobie szczerze- nie dla młodzieży, tylko dla dzieci- niestety nie wyszło nic.

Wspominałem, że “Jestem M. Misfit” nie jest jakąś prześmiewczą karykaturą (co by zmieniało postać rzeczy o 180 stopni) i nie ma czarnych charakterów. Nie ma krytyki próżności – gdyby ktoś się spodziewał, jaką prezentuje prawie każdy bohater, a internet jest swego rodzaju złem koniecznym. Jest za to oczywisty morał, które jest w jakiejkolwiek gorszej disneyowskiej animacji. Nie wiem w sumie jaki jest cel tego filmu i co miał na celu jego reżyser. Czy ten morał jest czymś kluczowym i za pomocą współczesnego świata chciał go przekazać dzieciom? A może jest tylko po to by wyzbyć się wyrzutów sumienia i wytrącić z rąk krytykom argument o jego bezwartościowości? Właśnie… a ten świat. Czy Marcin Ziębiński jest 52-letnim boomerem przekonanym o zepsuciu młodzieży? A może wie dobrze, że rzeczywistość jest dużo bardziej (dużo mniej?) kolorowa, a “Jestem M. Misfit” to łatwa kasa? Bóg wie. Chętnie bym usłyszał odpowiedzi na te pytania. Ale jeszcze chętniej oczyściłbym swój umysł z traumy, jaką wywołało to dzieło.

 

PS. Film zasłużenie trafia do Katalogu filmów złych

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *