Kvennamaðurr lub Kona – czyli „Kobieta” po islandzku

Gdyby film Benedikta Erlingssona „Kobieta idzie na wojnę” był utworem pisanym, byłby to kilkusetstronnicowy, męczący jak diabli monolog o wędrówce, przeznaczeniu, misji, a może i o osamotnieniu oraz dekadenckich wizjach świata, prowadzony w rzadko zmieniającej się scenerii, pełnej symboli i metafor- nie wiadomo, czy będących zamysłem autora, czy też może efektem nadgorliwych kontemplacji czytelnika, próbującego sobie wmówić, że dzieje się więcej, niż się dzieje naprawdę. A tak naprawdę – biorąc pod uwagę masywność utworu – za wiele w nim by się nie działo.

Książka i film to jednak zupełne inne formy kultury. Film (w tym przypadku) ma 101 minut i wymaga hierarchizacji priorytetów i poszczególnych sfer, przez musi być bardziej konkretny. Wydaje się, że “Kobiecie, idącej na wojnę” zrobiło to jak najbardziej dobrze. Dzięki temu – choć przez większość filmu akcja plecie w iście żółwim tempie, to rozliczając reżysera z ilości zajętego miejsca na taśmie filmowej, doszedłem do wniosku, że wszystko ma jakieś logiczne wytłumaczenie. Żadne wydarzenie nie odbywa za szybko, tak samo jak nic innego nie dzieje się zbyt powoli.

Moja wizja książki, mającej ten sam tytuł, opowiadającej o podobnej historii bierze się z tego, że główna bohaterka- Halla (bardzo dobra Halldóra Geirharðsdóttir), mimo iż na pierwszy rzut oka wydaje się być zwykłą, nieco bardziej niż przeciętnie dbającą o swoje zdrowie kobietą (co również ma wytłumaczenie), wraz z każdą minutą staje się postacią coraz bardziej baśniową, będącą kimś między stereotypowym, skrajnym ekologiem, a przywódczynią plemienia, zamieszkującą od wieków tereny, które teraz próbuje wydrzeć wszystko, na co składa się zurbanizowana rzeczywistość.

Przez długie minuty film toczy się bez dialogów, z najwyżej sporadycznie pojawiającymi się innymi postaciami, które najczęściej pojawiają się, bo muszą. Na przykład (przybrany) kuzyn Halli – w tej roli znany z filmu genialnego filmu Baltasara Kormákura „101 Reykjavik” Jóhann Sigurðarson oraz siostra Halli – równie przekonująca … Halldóra Geirharðsdóttir). W międzyczasie jedyną muzyką są naturalne odgłosy natury oraz diegetyczne, skromne melodie wydmuchiwane, wytłukiwane i wybijane przez charyzmatyczną grupę miejscowych muzyków oraz ukraińskie śpiewaczki ludowe (przy których można się uśmiechnąć i które mają stanowić podstawę do sklasyfikowania filmu, jako “komedia”, choć zupełnie nie rozumiem tego kryterium). Dzieje się wbrew pozorom dużo, ale nadal jest cicho, bohaterka plecie swój wewnętrzny dialog, który możnaby wywlec na setki stron. A tak – zostają rozległe, (jeszcze) niezmienione przez człowieka krajobrazy Islandii, obce większości z nas, egzotyczne okrzyki używane przez bohaterkę, czy wręcz symboliczne rytuały. Może i to dobrze, że tyle zostało. Więcej nie potrzeba, aby mi udowodnić, że główna postać do najzwyklejszej nie należy, jednakże, gdyby za bardzo rozwlec jej wewnętrzne kontemplacje, filmu tak ciekawego i spójnego jak obraz Erlingssona zrobić by nie sposób.

Reżyser idealnie balansuje akcję, pomiędzy rozumianym przez siebie samego “sacrum”, będącym codziennym życiem, a “profanum”, będącym naturą, w której główna postać widzi znacznie więcej niż wszyscy wokół. Z tego też powodu udaje mu się wykreować kobietę przeciwstawiającą się światu, osamotnioną w swoim działaniu. Co mnie jednak bardzo cieszy, film nie ma charakteru politycznego, czy nawet filmu z założenia powstałego “w dobrej sprawie”. Ba, reżyser nie zajmuje nawet wyraźnego miejsca po którejkolwiek ze stron konfliktu. Bo nie licząc manifestu, będącego kluczowym momentem w filmie, zawierającego w większości utopijne deklaracje, zarówno historia, jak i postać nadaje się do opowiadania jako legenda, w którą nikt specjalnie nie wierzy. Dzięki temu jej działania i determinacja nie mają absolutnie żadnych granic. Większość widzów spojrzy na film, jako coś godnego dyskusji i zastanowienia się nad pewnymi problemami, natomiast trudno mi sobie wyobrazić kogokolwiek uznającego szaloną Hallę za swój wzór, a jej bezprecedensowe działania jako coś, czego w tym momencie najbardziej potrzeba światu. Jednocześnie w walce ze współczesnością, Halla chce pomóc jednostce, ukraińskiej sierocie – ale czy potrafi wybrać, co jest dla niej ważniejsze?

Nie od pierwszej sekundy poczułem klimat filmu Benedikta Erlingssona. Nie od razu uznałem główną postać, jako osobę, o której możnaby zrobić dobry film. Mimo, iż w żadnym momencie “nie dzieje się nic”, tak dzieło to doceniłem dopiero trochę czasu po obejrzeniu. Trudno mi powiedzieć, jaki jest jeden powód, dlaczego warto sięgnąć po najlepszy film islandzki (10 nagród Edda!) 2018 roku i przeczekać pierwsze, niekoniecznie zachęcające minuty. Może to być główna, baśniowa postać (albo jej wymarzona wizja świata), mogą to być ładne, islandzkie pejzaże, albo nawet muzyka w nim zawarta. A może to być po prostu dramatyczna historia o ludziach wyszarpujących sobie z rąk naturę? Najbezpieczniej jest powiedzieć, że wszystko naraz. I na tym pozostańmy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *