Zimni, zimni bracia

Kolejna część mini-przeglądu filmów islandzkich będzie wiała chłodem. Nie tylko z racji tytułu filmu – Zimowi bracia, ale … od początku.

Mam wrażenie, że epitety, takie jak “eksperymentalny”, “nietypowy”, “niezależny”, “szalony” wypisywane w opisie filmu mają za zadanie nie tylko przekonać potencjalnego widza o niezwykłości i oryginalności czy też odejściu od powielanych schematów kasiastych produkcji, ale też ostrzec, że spodoba się tylko wybranym i wytrwałym.

Tak, zwłaszcza WYTRWAŁOŚĆ przydaje się w kontekście pierwszego poważnego dzieła Hlynura Pálmasona. Bo w zasadzie wszystko co można by było przedstawić krótko, prosto i konkretnie jest tutaj rozciągnięte i dość nieschludnie poskręcane za pomocą niewiele mówiących elementów. W połączeniu z gęstym, mglistym, chwilami wręcz apokaliptycznym klimatem stanowi dzieło, które nie sposób włożyć do jednej z szufladek z etykietką “dobry film”, lub “zły film”, ale z pewnością było to jedne z trudniejszych ekranowych 90 minut ostatnimi czasy.

W zasadzie gdyby odsączyć obfitą i intensywną w swojej autentyczności i surowości scenografię – złożoną z dość enigmatycznego miejsca pracy (kopalnia wapienia – niby białej skały, a jednak niezwykle ciemne miejsce), niekończących się głębi lasu i grubej, śnieżnej pokrywy (niby biały, a i tak nic nie widać), których ciężar dość mocno oddziałuje na widza przez cały film, nie zostanie wiele. Akcja i fabuła nie należą bowiem wcale do specjalnie rozwiniętych. Szczerze powiedziawszy, da się wszystko streścić w dwóch zdaniach. Nieskończone motywy takie jak alkoholizm, poszukiwanie miłości, oszustwa, postępujące szaleństwo, przedstawione (prócz może dwóch-trzech dłuższych konwersacji) w postaci minimalistycznych rozmów bez pasji, ani emocji – co tyczy się też dziwacznego modelu miłości, fragmentów trudnego do zrozumienia czarnego humoru, przedstawionych przez bohaterów, których w znaczącej większości twarzy nie da się praktycznie zapamiętać (a nie tylko twarze widać w całej okazałości …), odróżnić niezgrabnie dryfują w burej scenografii.

A mimo to, wydaje się, że coś się na koniec stanie jednoznacznego, coś się wydarzy, co wszystko wyjaśni w oczywisty sposób albo chociaż jakoś zamknie kompozycję, co pozwoli zażegnać dodatkowe wydarzenia. Nic z tego. Są momenty, w których dzieło Hlynura Palmasona powinno się zakończyć, a także takich w których powinno się zdarzyć coś konkretnego. Nic z tego, to nie taki typ filmu. Narracja się nie zmienia. Jest baaardzo długo, baaardzo wolno i bardzo, bardzo dziwnie. Dalej fabuła filmu – mimo, iż nie ma w niej koniec końców nic odbiegającego od trudnej rzeczywistości, a wręcz przeciwnie – aż nadto jest ona zderzona z głównym bohaterem (rozpoznawalny, ale niewyraźny jak cała reszta Elliott Crosset Hove), do którego pasuje jak pięść do nosa, zakręca w niejednoznacznych wydarzeniach, metaforach, których sensu zrozumie się nawet i parę dni po obejrzeniu “Zimowych Braci”, albo nie zrozumie w ogóle, a całość zapamięta się jak nieprzyjemne, eksperymentalne dzieło o niczym.

“Zimowi bracia” to jeden z filmów, który trudno z czystym sumieniem zarekomendować lub odradzić. Najbezpieczniej jest pozostawić go z określeniami producenta – “dziwaczny”, “niejednoznaczny”, “eksperymentalny”. A ode mnie- jeszcze “trudny” i “przytłaczający”. Bo jak film może być łatwy, gdy jego 90% stanowią rzeczywiste, ale surrealistyczne obrazy, nieschludne metafory, które kontrastują ze specyficznym, czarnym humorem i szaleństwem bohatera, którego apogeum nie jest raczej nam dane zobaczyć – co przecież mogłoby zamknąć historię bohatera w jakiś sposób, a jednak tak się nie dzieje.

Gdybym miał wymienić ewentualne powody, dlaczego warto obejrzeć “Zimowych Braci”, byłaby to przede wszystkim “inność” i “eksperymentalność”, którymi film Palmasona głównie jest reklamowany i scenografia, która niektórych, wrażliwych widzów nie przytłoczy, tak jak mnie, a wprowadzi w pewien rodzaju trans. Trzeba akurat przyznać, że poszukiwanie dystopijnej surowości i – także tej emocjonalnej – zimy w dzikim klimacie Danii (bo tam film był kręcony) wychodzi twórcom znakomicie. Podsumowując: film na pewno nie dla miękkich, sezonowych kinomanów, nie wiem czy też koniecznie dla ambitnych widzów, bo chociażby się dwoić i troić, nadzwyczajnych wartości się w nim nie odnajdzie, ale dla wytrzymałych poszukiwaczy przygód – jak najbardziej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *