Nie bardzo „Dżentle”, ale bardzo stylowi „meni”

Dokładnie dwie dekady temu Guy Ritchie nakręcił “Przekręt”- dzieło, które wyprowadziło go na salony. Przez ten czas ze stycznością z filmami gangsterskimi i kinem akcji było dość różnie. Był “Revolver”, był “Kryptonim U.N.C.L.E”, ale też chociażby “Aladyn”, czy “Król Artur” – a po drodze np. „Sherlock Holmes” . Po obejrzeniu “Dżentlemenów” można śmiało stwierdzić, że Brytyjczyk wie dokładnie, co sprawiło, że “Przekręt” jest tak ceniony i w czym sobie radzi najlepiej. Akcja jest tkana w sposób dość podobny –  jest równie wielu bohaterów, tak samo dużo zdarzeń i zwrotów akcji oraz podobnej maści czarny humor. W przypadku najnowszego dzieła większą rolę natomiast wydaje się pełnić cała gangstersko-amerykańska otoczka z brytyjskimi, chińskimi i rosyjskimi elementami. Jest wyrazista, efektowna, ale zarazem przyjemna i naturalna.

Wraz z dźwiękami gitary Davida Rawlingsa jesteśmy wprowadzani w świat średnio przypieczonych krwistych steków, kolumbijskich cygar, marihuany, gangsterów mniej lub bardziej szanowanych i ich barwnych perypetii. Sama otoczka jest oryginalna w swojej wyrazistości. Jest to niewątpliwie zasługa świetnie skrojonych postaci Matthewa McConaughneya jako wiecznie młodego gangstera, Michelle Dockery w naprawdę silnej roli kobiecej, Charliego Hunnama jako wiernego, silnego spokojem, Raya, Collina Farella jako charakternego trenera, czy Hugha Granta jako cynicznego dziennikarza, a także całej feerii pozostałych osób, których nie sposób wymienić i którym nie można odmówić autentyczności – a może stereotypowości? Bez wątpienia sama otoczka gwarantuje sporo frajdy. Może i więcej niż sama akcja. A nawet na pewno więcej.

Jaki jest więc problem z “Dżentelmenami”? Taki, że zanim akcja rozwinie się na dobre, zostajemy zaatakowani gąszczem bohaterów, zdarzeń na wiele miesięcy przed rozpoczęciem filmu. A w praktyce pomimo sporej ilości zwrotów akcji i dygresji (choć zanim uda się nam określić, czy owe zdarzenie jest nic nie znaczącą fluktuacją, czy też przełomowym zdarzeniem dla całej fabuły, bohaterowie są kilka godzin dalej) cała sieć wydarzeń rozplątuje się dość powoli, żeby potem ponownie się splątać. Sposób narracji na pewno nie należy do najłatwiejszych – kto opowiada historię? Czy jest prawdziwa? A może to tylko domysły albo konfabulacja? Osobiście w akcję wciągnąłem się na dobre po godzinie, może trochę mniej – wtedy, kiedy wszystko było nieco jaśniejsze, kiedy było wiadomo, na czym i na kim się warto skupić. Sam film całościowo doceniłem dopiero następnego dnia po obejrzeniu – chciałem bowiem jeszcze na chwilę zajrzeć do tego lekko karykaturalnego, bajkowego świata, w którym można się uśmiechnąć, mimo iż w wielu sytuacjach okoliczności temu nie sprzyjają. I trochę żałowałem, że moja uwaga nie była w pełni skoncentrowana na skomplikowanej mozaice zdarzeń. Wtedy może z samej, tylko i wyłącznie akcji ogarniałbym więcej niż 25, może 30 procent zdarzeń. Bo Guy Ritchie może i rozszerzył geograficzny zakres swoich wyczynów, ale zaskakiwać lubi niezmiennie.

Chociaż nie doceniłem go od razu (i jestem przekonany, że nie jestem w tym osamotniony), najnowszy film Guya Ritchiego jest wprawdzie słabszy, niż dziewiętnaście lat starszy “Przekręt”, ale nadal jak najbardziej zasługuje na uwagę. Nawet jeśli akcja nie jest prowadzona w sposób najłatwiejszy do przełknięcia, za klimat, w którym można na spokojnie zrobić i parę filmów- a nie znudziłby się ani trochę- warto po niego sięgnąć. Nawet jeśli na dłuższą metę jest to gangsterska bajka z nieco zbyt pokręconym ciągiem zdarzeń, którą mało kto rozplącze w całości i zapamięta na dłużej, swobody, spokoju, precyzyjności i błyskotliwości w konstruowaniu bohaterów odmówić Guyowi Ritchie nie sposób – ani teraz, ani za parę dni, ani, miejmy nadzieję, za parę lat.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *